Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, choć minęło już dobre kilka miesięcy. Siedziałem wtedy w wynajętym mieszkanku na warszawskim Mokotowie, z kubkiem zimnej kawy w ręce i rozwalonym życiem na karku. W pracy mnie zwolnili, bo firma zwijała dział, dziewczyna powiedziała, że potrzebuje przerwy, a ja zostałem sam z rachunkami, które piętrzyły się na stole szybciej niż ja byłem w stanie cokolwiek zrobić. No i wtedy, przeglądając jakieś forum o grach, natrafiłem na
vavada blik. Szczerze? Nie planowałem niczego wielkiego. Chciałem tylko na chwilę przestać myśleć.
Zacząłem od małej wpłaty, dosłownie kilkudziesięciu złotych, żeby zobaczyć, o co tyle szumu. Pamiętam, że pierwszy wieczór był totalną porażką. Klikałem, stawiałem, przegrywałem. Ekran migał, saldo topniało, a ja czułem coraz większą złość — nie na kasyno, tylko na siebie. Bo przecież wiedziałem, że to głupota, że to nie rozwiąże moich problemów. Ale coś mnie trzymało przy tym laptopie. Może to, że gdy patrzyłem na te wirujące symbole, na sekundę zapominałem o pustym mieszkaniu i ciszy, która mnie dobijała.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Wstawałem, robiłem kanapkę, siadałem przed komputerem i szukałem pracy. A wieczorami wracałem do vavada blik. Nie mogę powiedzieć, że od razu było lepiej. Wręcz przeciwnie — przez pierwszy tydzień czułem się jak w jakimś transie. Przegrywałem więcej, niż chciałem, i za każdym razem obiecywałem sobie, że to ostatni raz. Ale rano znowu otwierałem stronę. To było silniejsze ode mnie. Uciekałem od rzeczywistości, bo tam, w tych grach, przynajmniej coś się działo. Coś, na co miałem wpływ. Mogłem zdecydować, kiedy postawić, kiedy odpuścić, kiedy podnieść stawkę. W życiu tak nie miałem — wszystko działo się poza mną.
Pamiętam jeden konkretny wieczór. Było już po północy, lało jak z cebra, a ja siedziałem w samych skarpetkach i bluzie, z komórką w jednej ręce i myszką w drugiej. Wpłaciłem wtedy ostatnie pieniądze, jakie miałem na koncie. Nie było to mądre, wiem. Ale coś mnie podkusiło. I nagle, po kilku nieudanych spinach, wpadła seria. Nie jakaś ogromna, ale wystarczająca, żeby odbić to, co straciłem przez ostatnie dni. Serce mi waliło jak oszalałe. Śmiałem się sam do siebie, jakbym wygrał co najmniej milion. To było śmieszne i żałosne jednocześnie, ale w tamtym momencie poczułem coś, czego dawno nie czułem — radość. Ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców wielki plecak pełen kamieni.
I wiecie co? To mnie jakoś otrzeźwiło. Nie dlatego, że wygrałem. Dlatego, że zrozumiałem, jak nisko upadłem. Że szukam szczęścia w losowych spinach, zamiast zawalczyć o coś prawdziwego. Przez następne dni dalej grałem, ale już inaczej. Zacząłem traktować to jako rozrywkę, a nie lekarstwo na wszystko. Ustawiłem sobie limity, które — szczerze — czasem łamałem, ale coraz rzadziej. I powoli zacząłem wychodzić z domu. Znowu wysyłać CV. Spotykać się ze starymi znajomymi. Znów śmiać się z głupich żartów, a nie tylko z wygranej na ekranie.
vavada blik stało się dla mnie czymś w rodzaju dziwnego towarzysza. Nie chwalę się tym wszystkim, bo wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia. Ale ja potrzebowałem takiego kopniaka — i dostałem go w najmniej oczekiwanym momencie. Może to zabrzmi głupio, ale ta cała historia nauczyła mnie, że ucieczka donikąd nie prowadzi. Można się schować na chwilę, przewinąć kilka spinów, zapomnieć o rachunkach i samotności. Ale prędzej czy później trzeba wstać od tego komputera i stawić czoła temu, od czego się ucieka. A ja w końcu to zrobiłem. I choć nadal czasem tam zaglądam, to już nie jako człowiek, który ucieka. Raczej jako ktoś, kto od czasu do czasu lubi się pośmiać, że los bywa przewrotny.